sobota, 15 lipca 2017

Boliwia: koka - dar od bogów - żuj i pij?

Od niepamiętnych czasów koka jest bardzo ważnym elementem boliwijskiej kultury oraz historii. Ta popularna andyjska roślina to krasnodrzew pospolity. Inkowie nie tylko opanowali do perfekcji jej uprawę, ale też wynieśli kokę na ołtarze. Krążą o niej niezliczone legendy, m.in. Indianom miał ją przynieść syn boga słońca, Manco Capac, który w tajemniczych okolicznościach pojawił się na Wyspie Słońca (jezioro Titicaca). Również boginię miłości przedstawiono z liśćmi koki w dłoniach, a nawet sama Matka Boska miała zostać uratowana tą rośliną. 

Dobrodziejstwa koki pomogły Inkom budować w górach miasta, drogi oraz fortyfikacje. Jej właściwości wykorzystali także Hiszpanie podczas swojej inwazji, którzy szybko pojęli, że jej żucie zwiększy wydajność indiańskich robotników i przyczynili się do jej rozpowszechniania. 

Foto EFE, zdjęcie zapożyczone ze strony http://www.colombia.com/actualidad/nacionales/sdi/141321/el-congreso-busca-aprobar-la-coca-medicinal







Koka - cywilizacyjny fundament


Ta święta roślina nadal służy do celów odżywczych, duchowych, leczniczych oraz społecznych. Jest bardzo powszechna i można ją nabyć, legalnie, na każdym targowisku, w sklepie lub supermarkecie. Zakupione liście należy poddać "obróbce", czyli wysuszyć na słońcu, równomiernie z dwóch stron, by straciły nieco swojej wilgotności. Potem są już gotowe do zalania wrzątkiem i sporządzenia herbatki tzw. mate de coca lub do żucia. Aby ułatwić uwalnianie alkaloidów z rośliny Indianie łączą kokę z popiołem z quinoa, czyli komosy ryżowej. 

Lista zalet spożywania koki jest długa: dodaje sił, ma działania przeciwbólowe, reguluje ciśnienie, zmniejsza odczuwanie głodu, zimna, znieczula na troski i trudy, dostarcza niezbędnych witamin i minerałów, pomaga zachować zdrowe i białe zęby, wspomaga przemianę materii (przecież tutaj się jada tylko ziemniaki i mięso), łagodzi zmęczenie, senność, przedłuża życie, a nawet przedłuża aktywność seksualną. Nie dziwi zatem wykorzystywanie ich do produkcji kosmetyków, słodyczy, artykułów spożywczych, napoi energetycznych czy alkoholi. 

Indianie z Ameryki Południowej wierzą, że koka pozwala zbliżyć się do bogów, dlatego też szamanie wykorzystują roślinę do wszelkich ceremonii spirytystycznej. Jej liście ofiarowywane są m.in. Matce Ziemi - Pachamama, której to dziękuje się za pomyślność żniw i bogate zbiory. Przed włożeniem liści koki do ust Indianie odmawiają modlitwę. 

Koka towarzyszy w obrządkach pogrzebowych, bowiem zmarłą osobę spala się wraz z kilkoma woreczkami liści. Mieszkańcy jednej w wysp na jeziorze Titicaca - Taquile na powitanie zamiast uściśnięcia dłoni podają sobie liście koki. Kokę cenią górnicy, mieszkańcy Andów, a także turyści, którzy tutaj przybywają i mają problemy z aklimatyzacją (chorobą wysokościową). 


Koka, dziedzictwem narodowym 


Boliwia walkę z uprawianiem koki odbiera jako kolejną represje białych najeźdźców. Mieszkańców popiera sam prezydent, Evo Morales, który sprawuje już władzę trzecią kadencje. Lobbował w ONZ za legalizacją rośliny, a nawet wydalił z kraju ambasadora i agentów USA, którzy walczyli z narkotykami pod pretekstem szerzenia niepokoju w kraju.  Władze Boliwii po kilku latach intensywnych starań wywalczyli specjalny zapis komisji ds. Narkotyków ONZ, który zdekryminalizował  żucie liści koki. Do legalnych praktyk należy także konsumpcja, wykorzystywanie liści w naturalnym stanie dla kulturowych oraz medycznych celów, a także uprawa koki, handel nią oraz samo posiadanie. 

Coca no es droga - koka nie jest narkotykiem!

Koki nie należy mylić z kokaina. To prawda, że jednym z 14 czynnych alkaloidów jest kokaina, ale jej stężenie w liściach krasnodrzewu waha się pomiędzy 0,5 a 1 %. Żeby uzyskać 1 kg czystej kokainy potrzeba przetworzyć 200- 400 kg liści koki. Więc tylko żując kokę jest to niemożliwe.

Żujesz? Pijesz?

W smaku liście koki są lekko gorzkie, raczej nieprzyjemne. Żuje się kilka lisków jednocześnie, po chwili dokłada nowe, a przeżute magazynuje się w jednym z policzków. Zostają trochę między zębami, kują w podniebienie zaraz po włożeniu do ust. Po jakiś czasie następuje dziwne drętwienie policzka i języka. Ma się trochę więcej energii.

Mate de coca jest za to naszym faworytem. Przyjemny i łagodny smak. Trochę traci w wersji przemysłowej, gdy jest w saszetkach, w postaci herbaty ekspresowej.



Uwaga! Liście koki zakazane w Polsce! 

Kiedy już kończy się podróż po Boliwii, czy Peru chciałoby się zabrać liście koki znajomym do spróbowania, do użytku własnego (mmm herbatka) czy po prostu na pamiątkę. Niestety nie można. Chociaż wydaje się to absurdalne, grozi za to do 3 lat, sami przyznacie, że nie będzie wyglądało to najlepiej w papierach. Na nic potem próżne tłumaczenia. Ignorantia legis non excusat, czyli nieznajomość prawa, nie zwalnia z jego przestrzegania.

Zakaz wwożenia liści koki do Polski reguluje Ustawa z dnia 25 lipca 2005 o przeciwdziałaniu narkomanii. Dz.u. 2005 nr 179 poz. 1485
załącznik nr 1
1. Środki odkurzające grupy I-N
Lp. 109 "Koka liście"


Pozostaje cieszyć się smakiem koki tylko w podróżach po Boliwii i Peru.

MM. 





sobota, 8 lipca 2017

Boliwia: La Paz - podniebne zwiedzanie!

Lotnisko w La Paz znajduje się na ponad 4000 m. n. p. m czyniąc go jednym z najwyżej położonych międzynarodowych portów pasażerskich na świecie. Gdy koła samolotu dotkną lotniskowej płyty przez okno wedrze się widok na dwa betonowe pasy oraz ośnieżone wulkany w tle. Niektórzy mają problem opuścić samolot o własnych siłach, na pomoc pędzi obsługa lotniska z butlą napełnioną tlenem do oddychania. W kolejce emigracyjnej osłabienia się mnożą. Celnicy uważnie przyglądają się petentom.

My czujemy się świetnie, w hali jest duszno, kolejka długa, mozolnie postępująca. Po opuszczeniu lotniska uderza w nas przyjemny upał przeszywający mroźnym powietrzem.

Być bliżej nieba


Punkt widokowy El Alto

El Alto, jakże wymowna i adekwatna nazwa dzielnicy. Wysokość, to się czuje. Trudno tutaj oddychać pełną piersią, a tlen wydaje się być towarem deficytowym. To drugie na świecie najwyżej położone miasto, ustępuje tylko peruwiańskiemu La Rinconada (5100 m. n. p. m.). Rekordów  La Paz ma wiele, najwyżej usytuowany stadion piłkarski- Estadio Hernando Siles (3637 m. n. p . m.), najbiedniejsze miasto Ameryki Południowej i jeżeli przyjąć, że La Paz można uznać za stolicę Boliwii to jest ona automatycznie najwyżej położoną stolicą, zamieszkiwaną licznie przez Indian w ciągłej żywej tradycji i wierzeniach.

Panorama miasta w tle stadion piłkarski



La Paz wraz z przedmieściami El Alto tworzy potężną aglomerację usytuowaną na śródandyjskim płaskowyżu. Prawdziwą ozdobą miasta są wznoszące się nad nim ośnieżone szczyty wulkanów, tym sześciotysięcznika, wulkanu Illimani (6403 m.n.p.m). Miasto położone w kanionie, gdzie kilometrowa różnica wysokości wpływa na jego podział, który doskonale widać na krawędzi wielkiego obniżenia. Jak się można domyślić, niżej panuje przyjaźniejszy klimat, dlatego centrum tej metropolii to piękne domy zamożnych jasnoskórych i Latynosów, oszklone wieżowce oraz zadbane ulice. Na wysokości 3600 wokół administracyjnego i handlowego centrum zamieszkuje klasa średnia. Natomiast na wzgórzach okalających miasto tysiące małych i skromnych domków, wręcz przyczepionych do nierównych zboczy. Dzielnice biedy, których mieszkańcy, mimo wysokości nie tylko potrafili się osiedlić, ale zaadoptować do normalnego funkcjonowania. Te społeczne niziny, prawie w stu procentach tworzą Indianie z Keczua oraz Ajmara.


Obecność Indian


Większość Boliwijczyków ma indiańskie korzenie. Spacerując ulicami La Paz uwagę zwrócą Indianki ubrane w charakterystyczny ludowy strój. Filcowy melonik na czubku głowy, rozkloszowana pasiasta spódnica, a na plecach kolorowy szal, przypominający tobołek,bardziej po polsku plecak, w którym noszone są zakupy żywnościowe lub małe dzieci.




Gdy przyjrzymy się twarzom mieszkańców Boliwii zobaczymy charakterystyczną kulkę wypychającą jeden z policzków. To liście koki, namiętnie żute przez wszystkich. Dzięki jej właściwością zmniejszone jest poczucie zmęczenia, głodu, czy objawów choroby wysokościowej. Żucie koki jest także alternatywą dla kalorycznego posiłku, na który każdego nie stać.

Zwiedzanie miasta




Topografia miasta sprawia, że wędrówka po nim to prawdziwe kondycyjne wyzwanie. Plątanina uliczek wiodących raz w górę, raz w dół. Z drugiej strony nie sposób się tutaj zgubić, nawet jeżeli zboczymy z trasy. La Paz nie jest przesycone zabytkami, ale przebywanie w nim zachwyca. Barwne place pełne gołębi i mieszkańców, kolorowe stargany z wyrobami z wełny lam i alpaki, uliczne przedstawienia z żywo reagującą publiką, pucybuci, handlarze gazet, napojów, nawołujący na przechodnich. I w końcu gwar, hałas klaksonów samochodowych, otwierające się i zamykające drzwi autobusów, oraz wydzierający się na całe gardło naganiacze autobusowi.




Główny plac - Plaza Murillo usytuowany w tak zwanym starym La Paz z ortogonalnym układem ulic, wokół którego znajduje się Pałac Prezydencki - Palacio Quemado, gmach parlamentu oraz kongresu, a także neoklasycystyczna katedra. Krajobraz przestrzeni zakłóca budujący się (a nawet, jeśli będzie już skończony) wieżowiec.  To doskonale miejsce na degustacje humitas! Prekolumbijskie gołąbki sprzedawane są przy ulicy Ingavi w Pizzerii Napoli, nie ma co się jednak sugerować nazwą, bo w tym miejscu królują pucharki pełne lodów oraz hot dogi. Nie brakuje też regionalnych perełek, jak empanadas, salteńas, czy przywołane humitas. Ten specjał kuchni latynoamerykańskiej to liść kukurydzy, który skrywa w sobie pyszne nadzienie: słodkie bądź pikantne. Jego podstawą jest świeża kukurydza, a następnie do wyboru kozi ser, anyż, cynamon, rodzynki. Gotowane na parze lub pieczone, czasami serwowane z ostrym pomidorowym sosem tamarillo.


Stad już tylko kilka kroków do gwarnego Plaza San Francisco, z najcenniejszym zabytkiem La Paz Świątynią pod tym samym wezwaniem. Słynie z fuzji stylów architektonicznych i skomplikowanych dekoracji. Ponadto zachowały się obrazy muzealne, a z dzwonnicy ujrzymy widok na miasto, klasztor oraz dachy pobliskich domów.


I chociaż budowa kościoła zaczęła się zaraz po założeniu miasta La Paz trwała blisko 200 lat, a wszystko za sprawa śnieżnej lawiny, która całkowicie zniszczyła pierwotna budowle w 1610 roku. Cały kompleks łączy barokowe i Metysów style architektoniczne. Ozdobiony rzeźbami przedstawiającymi sceny mitologiczne natury oraz zwierząt, takich jak smoki i maszkarony. Nie brakuje także kiści winogrona, szczególnie w fasadzie, wyrzeźbionych w naturalnym kamieniu.


Wnętrze kościoła jest bogate, drewniany ołtarz z walcowanego złota cedru. schody prowadza na wieże, aby stamtąd cieszyć się panoramicznym widokiem na plac San Francisco. W klasztornym muzeum można zobaczyć dzieła Gregorio Gamarra, peruwiańskiego malarza.



widok z dzwonnicy na miasto

Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, natomiast robienie zdjęć jest możliwe tylko na zewnątrz obiektu.



Zakupy w La Paz - kluczowy punkt programu


Handlowe ulice znajdującą się na tyłach placu San Francisco, oraz Calle Sagarnaga. Tysiące sklepików z lokalnymi wyrobami z wełny alpak, która doskonale zapewnia ciepło. Szale, czapki, swetry, koce, skarpety, dosłownie wszystko co pozwoli turyście przetrwać w Boliwii. Kunsztu dodaje cena, która jest w bolivianos i nie stanowi dużego wydatku.


Kwintesencją zakupowego charakteru miasta jest Targ Czarownic, Las Brujas, któremu poświeciliśmy osobny post na naszym blogu:
http://mmenelmundo.blogspot.com/search/label/Boliwia%20-%20La%20Paz%20-%20Targ%20Czarownic

Calle de las Brujas


Bezpieczeństwo, czyli na co uważać!


O tutejszych taksówka krążą legendy, jak o większości miejsc w Ameryce Południowej opisywanej przez ludzi siedzących na kanapie w Polsce. Kogo jednak przeraża wizja transportu lokalnego w La Paz, jest pewna alternatywa. To kolejka linowa. Tani przejazd, z dolnego La Paz do El Alto. Oszklona, dzielona z ośmioma innymi współpasażerami. Proponujemy wjechać jednym kolorem, a na zjazd wybrać drugi. Podczas kilkuminutowej przejażdżki można zobaczyć piękne pejzaże miasta widziane z lotu ptaka. Sam punkt widokowy El Alto- do którego wjedziemy linią żółtą jest mało rewelacyjny, bowiem widok na miasto schowany został za szybę z pleksi. Jednak wystarczy udać się jedną uliczkę niżej i będzie miasto podane jak na tacy. Przy wjeździe linii czerwonej jest lokalny bazar, mniej kolorowy, bardziej żywnościowy. Zjemy tam tanio wśród "lokalsów".


Uliczna garkuchnia

Jak wszędzie na świecie trzeba uważać na kieszonkowców, nie obnosić się z dużą gotówką. Uwaga także na bagaż, jeżeli ktoś przemieszcza się transportem miejskim cenne rzeczy muszą pozostać blisko. Nie odkładamy nic na półki, duży bagaż dobrze jest zamknąć. Najwięcej kieszonkowców jest w miejscach zatłoczonych: dworzec, autobus, czy targ.

Gdy korzystasz z taxi, wybierz ja sam, nie reaguj na te podjeżdżające i oferujące przejazd. Najlepiej kiwnij ręka na pędzącą taksówkę po ulicy. Nie warto także korzystać z usług naganiaczy autobusowych, nie dość, że cena będzie zawyżona - chociaż w Boliwii istnieje możliwość negocjacji, to można trafić na oszusta, który sprzeda bilet na nieistniejący autobus.

Podczas zakupów warto zwrócić uwagę na resztę, często jest źle wydana, warto negocjować ceny, turysta na dzień dobry ma ja zawyżoną.


Fotografowanie - nie w tym kraju! 

Nasz tytuł trochę na wyrost, jednak każdy, kto planuje wyjazd do Boliwii musi to wiedzieć! Indianie w większości nie przepadają za wystrzelonym obiektywem w ich stronę. Często spotyka się to z niemiłą reakcją- odwracanie głowy, agresywny ton. Niedopuszczalne i niebezpieczne jest fotografowanie ich domów, czy miejscowych rytuałów. Dlatego ulice, postacie najlepiej fotografować dyskretnie, z pewnej odległości. Ewentualnie zapytać o pozwolenie np. na targu, gdy będziemy konsumentami. Odmowę należy uszanować.


MM.





niedziela, 2 lipca 2017

¡Como Uruguay - no hay! 10 faktów, które Cię zaskoczą!

Wszyscy co nieco wiedzą o Argentynie - tango, wino, Maradona, papież Franciszek to tylko niektóre skojarzenia, a co z jego małym sąsiadem - Urugwajem? Często pomijany lub traktowany wybiórczo w planowaniu podróży po Ameryce Południowej, żyjący w cieniu potężnych i atrakcyjnych sąsiadek niewielki kraj. Urugwaj ma się czym pochwalić. I tutaj zaskoczenie!



Po pierwsze Tango! 

1. Urugwajczycy są także ojcami tanga, które niesłusznie jest przypisywane tylko Argentynie. Tango narodziło się w dwóch portach nad rzeka La Platą - Montevideo i Buenos Aires.  Pikanterii dodaje spór o najwybitniejsze dzieło "La Cumpariste", stworzone przez Urugwajczyka Rodrigueza w formie marszu, a następnie podobno sprzedana za 20 pesos stronie argentyńskiej, gdzie Roberto Firpo dokonał jej aranżacji na melodię tanga. Dzisiaj utwór jest zarówno nieoficjalnym hymnem Urugwaju, jak i towarzyszy ważnym uroczystościom w Argentynie.

Liberalny kraj z ciekawą polityką! 

2. Urugwaj rozwija się błyskawicznie. Pionier wielu projektów, pierwszy kraj Ameryki Południowej, w którym wprowadzono zakaz palenia papierosów w miejscach publicznych, zalegalizowano produkcję oraz sprzedaż marihuany, aborcję, związki tej samej płci wraz z adopcją, oraz zmianę płci w oficjalnych dokumentach dla transseksualistów przechodzących operację. Ponadto każdy uczeń otrzymuje darmowego laptopa z dostępem do internetu, w kraju spada odsetek ludzi żyjących w nędzy. Bez wątpienia na dobrą sytuację kraju wpływa postawa prezydentów : Jose Mujica (historia o najbiedniejszym prezydencie świata) oraz jego następcy Tabare Vazqueza.


Nie jest tutaj tanio! 

3. "Szwajcaria Ameryki Południowej", na takie określenie w pełni zasługuje Urugwaj, ponieważ jest finansowym i bankowym centrum AP, a neutralność oraz tajemnica bankowa nie ustępuje tej w Szwajcarii. Ceny niestety też!

Najdłuższy karnawał świata! 

4.  To tutaj odbywa się najdłuższy karnawał świata, który trwa przez 40 nocy. Rusza w ostatni czwartek stycznia w Montevideo. Inauguruje go Llamadas, co oznacza zawołanie, zwrócenie uwagi zebranych, dlatego wielka fiesta zaczyna się od pochodu tancerzy, muzyków, przebierańców, którzy dumnie krocza przez główne ulice miasta w rytmie wybijanym przez bębniarzy - candombre. Pierwsze rzędy przy barierkach podczas parady są szczególnie drogie. Karnawał kończy się z początkiem marca.


Piaszczyste wydmy! 


5. W Urugwaju są najwyższe w całej Ameryce Południowej wydmy. Pomiędzy nimi znajduje się małe miasteczko- Cabo Polonio, do którego można dotrzeć tylko specjalną ciężarówką, odcinek do pokonania wynosi prawie 7 km!



Miejsca, w których czas zatrzymał się już dawno!

6. Zachowały się autentyczne wioski rybackie, które przypadną do gustu amatorom spokoju, ciszy i niezwyklej przyrody. Wioski są pozbawione wygód, brak prądu, bieżącej wody, zasięgu telefonicznego, internetu, a tutejszym hostelom daleko do luksusów.


Obserwacje kolonii wielorybów, lwów morskich oraz pingwinów!

7. W Urugwaju są wieloryby, dokładnie między lipcem a październikiem w Punta del Diablo kolonie wielorybów migrują na południe. Stałymi mieszkańcami wód są także zielone żółwie.


8. W innej wiosce, Cabo Polonia obserwować można pingwiny i lwy morskie, które całymi dniami, licznie, wygrzewają się na przybrzeżnych skałach, czy też wędrują po plaży. Pingwiny często dochodzą do pobliskich restauracji, a przyciąga ich zapach świeżo złowionych ryb, które czekają na przyrządzenie.



Ekskluzywne kurorty i piękne plaże!

9. Sławne kurorty riwiery urugwajskiej z Punta del Este na czele słynną z cudownych plaż, które w styczniu i w lutym przyciągają wszystkim mieszkańców. Region ten jest niezwykle drogi, dlatego ci którzy nie odwiedzili w okresie wakacji tego miejsca uznawani są za martwych lub bankrutów. Modnym powiedzeniem jest - Cueste lo que cueste - a Punta del Este! Czyli zastaw się, ale do Punta del Este jedź!

A oprócz tego! 

10. Ciepły i łagodny klimat, latynoska kultura, kolonialne zabytki,  pyszna kuchnia i przyjaźni ludzie! Nie ma jak Urugwaj!

MM. 

piątek, 30 czerwca 2017

Ekwador: Zwiedzanie Guayaquil w 24h!


Takiego ożywienia w ekwadorskim mieście nie spodziewaliśmy się. Żywiołowość oraz gościnność mieszkańców spychają na drugi plan lejący się żar z nieba, ogromną wilgotność powietrza oraz dokuczające komary. 


Guayaquil to największe miasto w Ekwadorze, jego liczba mieszkańców przerasta o połowę stolicę Quito. Położone na zachodnim brzegu rzeki Rio Guayas, która stanowi podstawową atrakcję miasta.

Spacer wzdłuż rzeki



Nadrzeczny bulwar Malecón Simón Bolivar to jeden z największych i najciekawszych, zrealizowanych prac urbanistycznych.  Prawie 2,5 km kolorowa wstęga, która skupia w okół siebie, jak w soczewce, wszystkie atuty miasta, także jego ciemną stronę. Spacerując promenadą spotkamy ulicznych handlarzy, w tym dzieci sprzedające plasterki owoców, odpoczywających na ławkach wytatuowanych marynarzy, zakochane pary, policjantów i kieszonkowców - to naprawdę bardzo barwy tłum. Po drodze napotkamy także kolonialne budynki, ciekawe monumenty, fontanny, zacumowane statki i łódki, a także przyjemne kawiarnie i sklepy. Nie brakuje tutaj miejsc zacienionych drzewami, oraz kilku punktów widokowych. 


Już na początku spaceru uwagę przykuwa wznosząca się naprzeciwko targowiska Wieża Morysków z 1770 roku, Torre Morisca utrzymana w stylu mauretańskim w dolnej części mieści biura władz miasta. Przez kręte, wąskie oraz strome schodki możemy udać się na jej szczyt, do pomieszczenia z mechanizmem zegara, oraz na punkt widokowy, z którego zobaczymy widok na miasto. 


Pewną atrakcją może też być przechadzka po wspomnianym dzikim targu. Większość towarów pochodzi tutaj z przemytu, markowe aparaty, telefony oraz odzież słynnych marek, tym razem jednak zapisanych z pewnym błędem ortograficznym. Niesamowity gwar i tłok, to na pewno miejsce, gdzie należy uważać na swój portfel, a przy pobliskich hotelikach wynajmujących pokoje na godziny spotkamy panie trudzące się najstarszym zawodem świata. 


Po drugiej stronie ulicy znajduje się Palacio Muncipal, przed którym wystawiono prace artystyczne. 




Spotkanie z iguanami!



Udając się dalej w głąb lądu ulicą 10 de Agosto dojdziemy do Parque Seminario, który nosi także nazwę Parque Bolivar. To miejski park, w którym znajdziemy konny pomnik Bolivara, a w tle neogotycką katedrę, jednak warto go odwiedzić z innego powodu. Po trawnikach biegają setki legwanów zielonych, zupełnie nic nie robiących sobie z obecności ludzi, które bez skrępowania dają się karmić i głaskać. Kiedy powoli zachodzi już słońce, iguany wdrapują się na drzewa i tam szukają noclegu, należy wtedy uważać na spadające ich odchody. W parkowym stawie zaś, ku uciesze dzieci znajdują się żółwie.  



Idąc dalej Malecón miniemy półkolistą La Rotonda, która upamiętnia spotkanie dwóch bohaterów Wenezuelczyka Simona Bolivara oraz Argentyńczyka Jose de San Martina, obu panów łączy walka o niepodległość w Ameryce Południowej. Historii tego spotkania nie będziemy relacjonować, natomiast podzielimy się pewną ciekawostką konstrukcyjną La Rotonda. Stojąc po przeciwnych stronach posągu można się usłyszeć nawet wypowiadając słowa szeptem.W okresie świątecznym większą atrakcją dla Ekwadorczyków wydaje się być ośnieżony napis. 


Ostatni odcinek Malecón prowadzi do malowniczej dzielnicy cyganerii  Las PeñasPołożonej na wzgórzu dzielnicy z drewnianą architekturą, oraz krętymi brukowanymi uliczkami. Pierwotnie zamieszkiwana przez rybaków, obecnie jest ostoją artystów, którzy zamieszkują XIX wieczne domy, a ich prace turyści dyskretnie mogą podglądać przez otwarte okna. 





Ekwador słynie z bananów, dlatego też w Guayaquil owoce te są wszechobecne. Oprócz surowych możemy zamówić pieczone, które smakują jak chipsy. 



Ekwadorska kuchnia bywa prawdziwym odkryciem. Doskonałe są owoce morza oraz ryby gotowane w mleczku kokosowym.

MM. 

świeży posiłek z homara, w roli głównej mleczko kokosowe

















poniedziałek, 5 czerwca 2017

Hiszpania: Kraj Basków od kuchni! San Sebastian - musisz tu zjeść!


Pais Vasco chłodniejszy i bardziej deszczowy region Hiszpanii od jej południowej części zachwyca bujną zielenią, pięknymi pejzażami oraz wyborną kuchnią! I to dla niej warto zaplanować swoją podróż do San Sebastian!


Lady tutejszych barów uginają się od pintxos, (czyt. pinczos). Baskijskie przekąski dowodzą artyzmu lokalnych kucharzy, małe kawałki bagietki przystrojone zostały składnikami na pozór nie pasującymi do siebie. Wariacji pintxos jest tyle, co kucharzy! A wspomniana bagietka też wcale nie jest konieczna.

Podczas pobytu w San Sebastian, szczególnie na starówce warto odbyć ruta de pinchos, czyli zwyczajowe chodzenie od baru do baru, w celu konsumpcji przekąsek, które w tym regionie Hiszpanii traktowane są jako mały aperitif do kieliszka wina. Przy ladzie dostaniemy od obsługi lokalu talerz i sami nakładamy wybrane pinchosy na talerz, różnią się one czasami ceną, co wynika z rozmaitych składników. Niektóre wymagają podgrzania, co zostanie to nam zawsze zaproponowane.




Warto też wspomnieć, że nazwa przekąsek, które są lokalną odpowiedzią na rozsławione w całej Hiszpanii tapas wzięła się od patyczka, którym kastylijskie pincho jest przekłute. Wszak czasownik "pinchar" oznacza kłuć.   Interpretacji powodów obecności patyczka jest kilka, np. by kanapka się nie rozpadła, by łatwiej było nam ją konsumować, jednak w niektórych barach umieszcza się patyczki różnej wielkości lub o innych końcówkach. Dzięki temu po ich spożyciu kelner potrafi ocenić, za jaką kwotę zjedliśmy przekąski.

czerwona papryka faszerowana dorszem w sosie serowym,
serwowane na ciepło 

czerwona papryka z nadzieniem z tuńczyka podawana na bagietce
na zimno
Wywołane zostało wino, w towarzystwie którego pintxos smakują wyśmienicie. Kraj Basków i Nawary sąsiaduje z regionem La Rioja, (czyt. Rioha) czyli krainą winem płynącą. Ten najmniejszy region autonomiczny Hiszpanii zyskał światową sławę wśród koneserów wina. O wysokiej jakości tego trunku świadczy przyznany zastrzeżony znak pochodzenia - DO (Denominacion de Orgien), które wino  otrzymało jako pierwsze w Hiszpanii. La  Rioja ze względu na okres leżakowania dostępne jest w czterech rodzajach: joven (czyt. howen), czyli krótki okres leżakowania zwykle rok lub dwa, crianza wyróżnia się przynajmniej trzyletnim leżakowaniem, z czego jeden rok dojrzewa w beczce, reserva trzyletnie leżakowanie plus wyselekcjonowane ze zbioru, oraz gran reserva, które leżakuje przynajmniej dwa lata w beczce i trzy w butelce.



Winem po baskijsku jest Txakoli (czyt. czakoli)! Do złudzenia przypomina portugalskie vino verde. Doskonale smakuje podczas upałów, do delikatnych potraw oraz owoców morza i ryb. Delikatne, białe, o ulotnym zapachu z bogatym bukietem cytrusowo- kwiatowym. Nalewane zawsze z wysoko uniesionej do góry butelki, którą wieńczy specjalny aplikator. Dzięki takiemu serwowaniu wino zdaje się być lekko musujące. Zaskakuje tez sposób podania. Zapomnijcie o kieliszkach, Txakoli wlewane jest do wysokich szklanek. Ot tak, po baskijsku!



Na miłośników cydru czeka Sidra! Naturalny cydr zaskakuje smakiem, który bywa kwaśno - gorzki, wręcz cierpki. Fachowo podany cydr nalewany jest z nad głowy kelnera/barmana do wysokiej szklanki, którą trzyma poniżej pasa. Lejący się cydr uderza o brzegi szklanki,  tworząc pianę oraz nadając trunkowi bąbelków. Ten sposób podania gwarantuje podkreślenie najlepszego smaku cydru!


Kto nie zaspokoi apetytu przekąskami w San Sebastian nie będzie chodził głodny. Przy porcie można zjeść doskonałe owoce morza oraz ryby. Często wieczorami są wystawione najlepsze okazy. Najpopularniejszym gatunkiem ryby jest dorsz - bacalao-  dostępny nawet w postaci musu wraz z papryką i chrzanową pianką! Prawie każda restauracja oferuje zupę rybną.

jedna z przyportowych restauracji

bacalao w postaci musu


Na szczególną uwagę zasługuje danie txangurro el horno, rozdrobnione mięso skorupiaków, w tym kraba pająkowatego, na pierwszy rzut oka wygląda jak papka dla dzieci. Jednak z uwagi na dodawane do dania brandy zyskuje sympatię dorosłych. Wyśmienity smak. Sposób podania zależy od restauracji, w niektórych widzieliśmy to danie serwowane w muszli krabowej.


txangurro el horno
Przy porcie swoją działalność prowadzi sklep ze świeżymi owocami morza, oprócz krewetek czy małży kupimy tam percebes, które do tej pory spotykaliśmy tylko w portugalskim Nazare.
Przypominamy, że percebes, to w języku polskim pąkle kaczenice, które uchodzą za ekskluzywne owoce morza. Skorupiaki te zamieszkują słone wody oceanu. A dokładniej osiedlają się w koloniach na skałach, które regularnie są zalewane wodą oceanu. Zbierane podczas odpływu, spożywane w zasadzie na surowo, pokropione tylko cytryną. Niekiedy krótko gotowane w gorącej wodzie. Dobrze komponują się z baskijskim Txakoli. Percebes mają delikatne mięso, oczywiście z subtelnym posmakiem soli morskiej. Za najlepsze uchodzą duże okazy, grube z krótką nóżką, która jest gwarancją jędrnego mięsa. Składają się z dwóch części: niejadalnego pazura, który odrywa się przed spożyciem oraz nóżki, którą po obraniu ze skórki zjadamy.


Kolejnym doskonałym odkryciem kuchni baskijskiej jest tuńczyk! Najlepszy do tej pory, jaki udało nam się konsumować, chociaż polecany był głównie w postaci gulaszu - marmitako, my zaserwowaliśmy sobie tatar z tuńczyka - tartar de atun! O matko! Kubki smakowe osiągnęły najwyższy poziom zaspokojenia, do tego pikantna zielona pasta z papryczek!


tartar de atun
Mini węgorzyki- anguilas wyławiane z rzeki, w baskijskim wydaniu nie są wędzone, lecz podawane ugotowane lub usmażone z jajkiem. Najczęściej ujrzymy je w postaci pintxos, które opiewają każdy bar. Komu zasmakują, może je sobie nawet zakupić w słoiku do domu.

smażone podawane z jajkiem

idealna pamiątka z San Sebastian dla smakoszy
Region basków słynie także z grzybów, szczególnie z perretxiku, pewien rodzaj gąsek. Są częstym składnikiem wielu potraw, oczywiście nie brakuje ich także na pintxosach. Nam udało się zjeść perretxiku w sosie śmietanowym w naleśniku. Wyborny smak grzybów. Za drugim razem sos grzybowy towarzyszył naszej tarcie, a za kolejnym wyszukaliśmy perretxiku na pintxosach. Najwięcej grzybów w kuchni baskijskiej spotkamy jesienią. 

naleśnik z grzybami perretxiku

sos z grzybów perretxiku

smażone perretxiku z zielonymi papryczkami, pintxos
W Kraju Basków zjemy czarną fasolę - alubias de tolosa. Często serwowana jest do mięsa, boczku czy kaszanki. Zakupiliśmy kilka puszek i będziemy ją testować także w polskiej kuchni! 

w tym wydaniu podana została z ozorkami
Na śniadanie można poszukać piperrady, czyli tutejszej jajecznicy z zieloną i czerwoną papryką oraz pomidorem. Smak tej potrawy podkreśla także czosnek oraz pikantne przyprawy.

Zielone łąki pośród górzystego regionu są idealnym pastwiskiem dla owiec rasy Lacha (Oveja Latxa), które charakteryzują się gęstym i długim futrem. Z ich mleka wytwarzany jest ser idiazabal, którego proces dojrzewania trwa od 2 do 5 miesięcy. Podwędzany dymem drewna bukowego, ma orzechowy posmak i jest subtelnie pikantny. Zupełnie innym serem jest cuajada, który przypomina konsystencją i smakiem jogurt. To świeży ser, który powstaje na bazie zsiadłego mleka owczego.




Na łakomczuchów czekają cukiernię, które oprócz rzemieślniczych lodów serwują popularny deser Pastel Vasco, po baskijsku biskotxa. Zapożyczony przed wiekami od francuskiego sąsiada przyjął się i jest niezmiennie uwielbiamy przez baskijskie podniebienia. Zapieczone ze sobą zostały maślane, kruche ciasto i krem. Podobno przepisów na krem znów jest kilkadziesiąt. Spotkaliśmy się z owocową konfiturą, czy krem cukierniczym.   

wystawa jednej z cukierni na starym mieście w San Sebastian
Pastel Vasco po przekrojeniu



Opuszczenie tutejszych restauracji i barów przyszło nam z wielkim trudem, jednak najedzeni do syta zaczęliśmy  zwiedzać miasto, o naszych wrażeniach przeczytacie w kolejnym poście!

MM.